To będzie historia porodowa. Bo- Cz. (moja znajomka) siedzi na przystanku, nie wiedząc czy krawędź chodnika to linia prosta czy może fale Dunaju. I czy ten pan w rogu to sąsiad czy może Poniatowski na koniu. Spoziera okiem zakaprawionym, łzawym i odpływa w niebycie w towarzystwie stu tysięcy uśmieszków tego poranka. Wszakże słońce wschodzi, godzina piąąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zaa grA ŁA ! -
Drili drili, drili drili !
Telefon nabzdyczony dzwiękami.
Dirli-dirli ! Dirli-dirli!
Cz. Odbiera
-Haalo?
/Jej oczy robią się wielkie./
- Że co? Aleee, aleee yy ALE JAK TO RODZISZ, TERAZ?!
/Z punktu lekko trzeźwieje/
- Tak! tak, przyjadę, ale ja nie wiem gdzie jestem! Kurwa.
/Panika, latanie oczami i machanie rękami/
Taksówka!
- Będę, będę zaraz! Tylko nie ródź jeszcze, jeszcze nie…przytrzymaj to jakoś! Na Boga!
/Pani po drugiej stronie słuchawki to przesympatyczna M. u której Cz. wynajmuje lokum. Facet M. odszedł, bo jest bucem i kretynem. Do Cz. powoli dociera informacja o treści : Rodzę, możesz mi pomóc i zawieźć mnie do szpitala ? I jak to mawia młodzież- Cz. jest w dupie/
Taksa podjeżdża pod poniemiecką kamienicę. Kierowca ma nakaz czekać. Cz. wpada do domu. W kuchni, jak gdyby nigdy nic czeka : uśmiechnięta, umyta, ubrana w różowy dresik z podręczną torbą RODZĄCA.
(o większym stoiku nie słyszałam )
- Możemy iść?
- Jasne, jasne – Cz. trzęsą się ręce
Trafiają do szpitala, Cz. Jednak ze względu na delirium tremens zostaje cofnięta do domu, gdzie już właśnie pisze smsa do ojca dziecka, o treści mniej więcej : ‘ M. Rodzi w szpitalu (tu adres), odwiedź ją’/ I mniej więcej w tej samej sekundzie M. Zostaje pełnoprawną mamą, posiadaczką wrzeszczącego, różowego stworka o chromosomach XX.
Rano Cz. Jedzie odwiedzić szczęśliwe dwie. Trochę jej głupio, ale co tam.
- Buc był?
- Nie-e. Za to mi napisał smsa.
- Tiah? Jakiego?
Cz. bierze do ręki telefon i czyta : „Żyjesz?”
Stałam tak, ubrana w czarny płaszcz i kapelusz - zastanawiałam się gdzie jest K. Miała być. Okazało się, że cztery godziny siedziała z skarpetkowym fallusem między udami i gapiła się w migotliwy ekran, potem zasnęła. Czekałam jeszcze na kogoś. Zza rogu wyskoczyła najpierw chwiejnym biodrem zaalkoholonym jak łódka, z rogalikiem na twarzy i świetlistym okiem, a za nią mała koleżanka po fachu. Wysyłała mi napowietrzne buziaki pełne śmiechu i czkawki. Złapała mnie za rękę i weszłyśmy na pierwsze piętro poniemieckiej kamienicy, gdzie światem była czerwień. Na klatce odmalowałam sobie tylko brodę i wąsy, poprawiłam krawat i już byłam. Dziwki i alfonsi z całego miasta, prawdziwa uczta dla klienteli mocniejszych wrażeń. Kiedy pośladki wciskają się w Ciebie ważne są nie początki, bo na początku był chaos, ale koniec i tym sprytnym sposobem dotarłam nagle na zmierzch bogów sztucznych rzęs i pożądań czyli końcówkę tej nocy. Zaczynamy, show must go on. Jak to ona i on się zakochali.
Oko zapatrzone , zagnieżdżone i rozmarzone w nim, w jego zadredziałej czuprynie, w jego dłoni, stęsknione przynależności, jakiejkolwiek, ale do niego. A on, uśmiech, filozof w chwilach dlań niebezpiecznych. Sylwetka wygięta jak na uczcie platona i pieprzenie o abstrakcji.
O tak wypieprz mnie, chciałabym tak. Więc poszli do łazienki, gdzie chwiał się ich cień w szparze między drzwiami a podłogą. Bło-go-oh-god-bło-go-Go Go Go!!! I więcej mi ciebie więcej. A potem ona ona siedzi na krześle smutna, klatka wklęsła, pierś biała zapadła, kabaretka oczka puszcza. Jakaś szmata nieposłuszna w drugim pokoju z Robertem się zabawia. Siedzi dziewczyna na rozklekotanym krześle, łączy kolana boleśnie. W drugim pokoju, na materacach przewala się ludzi masa, tam On i jakaś laska, wkładają sobie języki, doustny przepływ myśli, zaślinione pod-niebiosa. A ona ona ona zerka tam i drzwi się przymykają więc chlast nań dłoń i machnie mocno zawiasem, bo tam on. Płacze, pociąga nosem co sekund dwie, gdzie jesteś, gdzie!? Wygląda jak aniołek opadły jej skrzydła – to łopatki odchylają się tak znacznie, może odlecieć w rozpacz zaraz...ale co...Przychodzi do niej kto? Robert Dredziarz [jej wymarzony] – Czemu płaczesz mała, nie płacz, życie piękne jest. Dołącz do nas na materacach, no chodź. Nie chcę wiesz, ale papierosa dla mnie weź.
I poszedł w ciemnię w morrisona, żar znalazł, ale w czyichś ramionach.
Koleboce się ona na tym stołeczku już, dobrych kilkanaście minut chlipie i zawiasem ode drzwi bawi się w wolnej chwili, łączy kolana, czasami kwili. Szybko wyciera łzy, taki wstyd, piersi poprawia w stroju swym, białym takim, podrzuca jak dwie piłki jednocześnie, falują w biuście. Włosy poprawia, po policzku mazi dłonią i zagląda raz jeszcze, zapuszcza żurawia, długiego jak jej szyja tylko może zagrać. Nie wytrzymuje, podnosi pupę i całą siebie wgramoliła do pokoju czarnego. Idę za nią, paląc papierosa, na krzesełku obrotowym, będę obserwować co jej przyjdzie do głowy.
Siada na podłodze brudnej i lepkiej od piwa, kolana wygina, łydką panele czyści, podsuwa się bliżej, bo Robert tam i jakaś laska całują się, a ona tego nie zniesie, o boże, taki ból tam - w klatce piersiowej. Dwie głowy w sobie są, ustują i ucztują, językują, wariują, a ona obok patrzy i nosem ich tyka prawie. I łapką taką swoją misiowego focha strzela, wchodzi w jego miękki pośladek i mówi-no Robert, no Robert. I szturcha go misiem takim. Pośladku Ty niedobry Ty, i znów sfochował się miś i łapką go, o, tak mocniej, żeby nie było. Wtedy on, odrywa od jakiejś niej głowę, podnosi się, opiera na ręce i mówi – Człowiek to jednostka wolna, i wolnej miłości pragnąca, chodź połącz się z nami. Dotyka jej policzka – Człowiek to jednostka wolna i wolnej miłości pragnąca... - A co ona ma zrobić, jak w oczach widać ze zakochana, nie może z wolnością podysputować bo zaaferowana. On opada powoli z uśmiechem w stronę innego ciała, więc ta znów misiem go, jedyną bronią go. Znów jak feniks z popiołów on wstaje- filozof bon ton – Nie denerwuj się Mała, zapraszamy do kręgu, tu tak dobrze, sami przyjaciele. To dla niej jednak za wiele. I twarz jej płacze i podbródek drga, piersi wstydem zapadłe, kuleczka z niej taka, z pokoju się wytacza... Balansuje nogami, żeby stać cała, jak człowiek, jakkolwiek trzyma się framugi i wyszukać kozaków swoich musi.
Ze sterty łachów na ziemi wygrzebuje co lepsze obuwie, ale nie jej i załamana dotyka czołem podłogi. Kot wskakuje jej na plecy hoop i znajduje swoje fleczki. Wsuwa stopy siedząc w wielkim rozkroku i nie trafia, nie może. Pomóc jej? Ale nie...niech to trwa. Cel pal. Czar par w drugim pokoju. Słychać, skacze muzyka i oni tam są. A ona tylko chciała kochać go na wieki i po grób. Jak on tak mógł. Założyła w końcu buty i wyszła, siedmiomilowym lasem zapłakanym w rytmie reggae.
[29 stycznia 2007]
Oko zapatrzone , zagnieżdżone i rozmarzone w nim, w jego zadredziałej czuprynie, w jego dłoni, stęsknione przynależności, jakiejkolwiek, ale do niego. A on, uśmiech, filozof w chwilach dlań niebezpiecznych. Sylwetka wygięta jak na uczcie platona i pieprzenie o abstrakcji.
O tak wypieprz mnie, chciałabym tak. Więc poszli do łazienki, gdzie chwiał się ich cień w szparze między drzwiami a podłogą. Bło-go-oh-god-bło-go-Go Go Go!!! I więcej mi ciebie więcej. A potem ona ona siedzi na krześle smutna, klatka wklęsła, pierś biała zapadła, kabaretka oczka puszcza. Jakaś szmata nieposłuszna w drugim pokoju z Robertem się zabawia. Siedzi dziewczyna na rozklekotanym krześle, łączy kolana boleśnie. W drugim pokoju, na materacach przewala się ludzi masa, tam On i jakaś laska, wkładają sobie języki, doustny przepływ myśli, zaślinione pod-niebiosa. A ona ona ona zerka tam i drzwi się przymykają więc chlast nań dłoń i machnie mocno zawiasem, bo tam on. Płacze, pociąga nosem co sekund dwie, gdzie jesteś, gdzie!? Wygląda jak aniołek opadły jej skrzydła – to łopatki odchylają się tak znacznie, może odlecieć w rozpacz zaraz...ale co...Przychodzi do niej kto? Robert Dredziarz [jej wymarzony] – Czemu płaczesz mała, nie płacz, życie piękne jest. Dołącz do nas na materacach, no chodź. Nie chcę wiesz, ale papierosa dla mnie weź.
I poszedł w ciemnię w morrisona, żar znalazł, ale w czyichś ramionach.
Koleboce się ona na tym stołeczku już, dobrych kilkanaście minut chlipie i zawiasem ode drzwi bawi się w wolnej chwili, łączy kolana, czasami kwili. Szybko wyciera łzy, taki wstyd, piersi poprawia w stroju swym, białym takim, podrzuca jak dwie piłki jednocześnie, falują w biuście. Włosy poprawia, po policzku mazi dłonią i zagląda raz jeszcze, zapuszcza żurawia, długiego jak jej szyja tylko może zagrać. Nie wytrzymuje, podnosi pupę i całą siebie wgramoliła do pokoju czarnego. Idę za nią, paląc papierosa, na krzesełku obrotowym, będę obserwować co jej przyjdzie do głowy.
Siada na podłodze brudnej i lepkiej od piwa, kolana wygina, łydką panele czyści, podsuwa się bliżej, bo Robert tam i jakaś laska całują się, a ona tego nie zniesie, o boże, taki ból tam - w klatce piersiowej. Dwie głowy w sobie są, ustują i ucztują, językują, wariują, a ona obok patrzy i nosem ich tyka prawie. I łapką taką swoją misiowego focha strzela, wchodzi w jego miękki pośladek i mówi-no Robert, no Robert. I szturcha go misiem takim. Pośladku Ty niedobry Ty, i znów sfochował się miś i łapką go, o, tak mocniej, żeby nie było. Wtedy on, odrywa od jakiejś niej głowę, podnosi się, opiera na ręce i mówi – Człowiek to jednostka wolna, i wolnej miłości pragnąca, chodź połącz się z nami. Dotyka jej policzka – Człowiek to jednostka wolna i wolnej miłości pragnąca... - A co ona ma zrobić, jak w oczach widać ze zakochana, nie może z wolnością podysputować bo zaaferowana. On opada powoli z uśmiechem w stronę innego ciała, więc ta znów misiem go, jedyną bronią go. Znów jak feniks z popiołów on wstaje- filozof bon ton – Nie denerwuj się Mała, zapraszamy do kręgu, tu tak dobrze, sami przyjaciele. To dla niej jednak za wiele. I twarz jej płacze i podbródek drga, piersi wstydem zapadłe, kuleczka z niej taka, z pokoju się wytacza... Balansuje nogami, żeby stać cała, jak człowiek, jakkolwiek trzyma się framugi i wyszukać kozaków swoich musi.
Ze sterty łachów na ziemi wygrzebuje co lepsze obuwie, ale nie jej i załamana dotyka czołem podłogi. Kot wskakuje jej na plecy hoop i znajduje swoje fleczki. Wsuwa stopy siedząc w wielkim rozkroku i nie trafia, nie może. Pomóc jej? Ale nie...niech to trwa. Cel pal. Czar par w drugim pokoju. Słychać, skacze muzyka i oni tam są. A ona tylko chciała kochać go na wieki i po grób. Jak on tak mógł. Założyła w końcu buty i wyszła, siedmiomilowym lasem zapłakanym w rytmie reggae.
[29 stycznia 2007]
Dobry dzień. Naprawdę mu się udało. Zatrzasnęłam się w uczelnianym kiblu dla niepełnosprawnych i w poczuciu beznadziei sytuacji zaczęłam się trochę podśmiechiwać, potem próbowałam zrobić dźwignię na dzynks długopisem, następnie nałożyłam rękawiczki i udając Pudziana zrobiłam się czerwona. Mocowałam się z tym zamkiem dosyć długo, nic, ani drgnie, ładny mi to ustęp dla ludzi na wózkach. Myślę sobie - no ale czekaj czekaj, może jakaś babka przyjdzie siku to ją zawołam, uratuje mnie czy coś. Kiedy już wybrałam swoją wybawicielkę, słysząc jej kroki postanowiłam, że jednak dam jej się odcedzić i potem zakrzyknę" Ratunku!". Jednak, gdy usłyszałam cienki pierd, który echo rozniosło pod neoklasyczny sufit stwierdziłam, że odpuszczam moja twarz wyrażała tzw. "fail".
Znów byłam sama, wlazłam na murowany parapet i okazało się, że jestem na poziomie parkingu uniwersyteckiego. Mój łeb witał na prawo koło Golfa Passata, po lewo Dębica. Brilliant. Żeliwna Krata dobrze zamocowana, szlag by to trafił. Przyglądam się dalej - wymyka mi się przekleństwo sytuacyjne- Oo shit. Chowam głowę, było blisko, buty wykładowcy na wysoki połysk nie dosięgnęły mnie wzrokiem ;) Nie miałam więc innego wyjścia jak wyleźć górą i to w miarę szybko. Jeśli moja promotorka zobaczy mój zwisający zad, to chociaż byłabym na 1000 konferencjach naukowych już nigdy nie osiągnę należytej powagi. Ryzyko było duże. Wrzuciłam na gzyms torbę, a potem najpierw na parapet, z parapetu w wielkim szpagacie moja stópka nr 41 dosięgnęła chybotliwej klamki, naprężenie mięśni i już prawie byłam na górze. Cała uwaliłam się w kurzu, zachciało mi się kichać, co uskuteczniłam dwa razy, dobrze, że się nie posmarkałam. Schizo słuchowe dało znać również, ale nikt na moje szczęście nie przyszedł. Szybciej kurwaaaa! Mało tam miejsca dla mnie - new born maszkarona, ten z Notre Dame może się schować. Już sobie to wyobrażałam - ja siedzę, siwa od brudu, udaję, że mnie nie ma i wchodzą studentki, wyciągają dotykowe telefony, trzaskają mi foty jak tokijska wycieczka i zostaję upokorzona na wieki. Zebrałam się w sobie! Zeskok! Sięgnęłam po torbiszcze prawie się dekapitując.
Strzepnęłam kurzową otoczkę i szybkim krokiem niczym Carramba z krainy Deszczowców wymknęłam się DRZWIAMI.
Znów byłam sama, wlazłam na murowany parapet i okazało się, że jestem na poziomie parkingu uniwersyteckiego. Mój łeb witał na prawo koło Golfa Passata, po lewo Dębica. Brilliant. Żeliwna Krata dobrze zamocowana, szlag by to trafił. Przyglądam się dalej - wymyka mi się przekleństwo sytuacyjne- Oo shit. Chowam głowę, było blisko, buty wykładowcy na wysoki połysk nie dosięgnęły mnie wzrokiem ;) Nie miałam więc innego wyjścia jak wyleźć górą i to w miarę szybko. Jeśli moja promotorka zobaczy mój zwisający zad, to chociaż byłabym na 1000 konferencjach naukowych już nigdy nie osiągnę należytej powagi. Ryzyko było duże. Wrzuciłam na gzyms torbę, a potem najpierw na parapet, z parapetu w wielkim szpagacie moja stópka nr 41 dosięgnęła chybotliwej klamki, naprężenie mięśni i już prawie byłam na górze. Cała uwaliłam się w kurzu, zachciało mi się kichać, co uskuteczniłam dwa razy, dobrze, że się nie posmarkałam. Schizo słuchowe dało znać również, ale nikt na moje szczęście nie przyszedł. Szybciej kurwaaaa! Mało tam miejsca dla mnie - new born maszkarona, ten z Notre Dame może się schować. Już sobie to wyobrażałam - ja siedzę, siwa od brudu, udaję, że mnie nie ma i wchodzą studentki, wyciągają dotykowe telefony, trzaskają mi foty jak tokijska wycieczka i zostaję upokorzona na wieki. Zebrałam się w sobie! Zeskok! Sięgnęłam po torbiszcze prawie się dekapitując.
Strzepnęłam kurzową otoczkę i szybkim krokiem niczym Carramba z krainy Deszczowców wymknęłam się DRZWIAMI.
Po wielkiej kłótni poszła do klubu,żeby się napić.
Zapaliła w międzyczasie papierosa wciągając dym jak najgłębiej w połać płuc.Z rogu sali patrzyła na nią ruda dziewczyna, przyciasnym strojem zniewoliła całą swoją lubieżną słoninę, która czekała na wolność w cudzych rękach.
Barman nie miał z czego wydać za jedno piwo, dostawił drugie.
Wyglądało to osobliwie, jak niepotrzebny naddatek informacji o tym, co się dzieje. Dostała smsa, ciekłokrystaliczny wyświetlacz zapalił się dwa razy, uzupełnianie wiadomości. Gdzieś w Warszawie murzyn ginekolog przystawiał się do blondynki sugerując jej łóżko, co okazało się być jedynie językowym niedomogiem, bo szło o fotel air force 2009. Postanowiła do niego chodzić, ponieważ jej chłopak był rasistą.
Zapaliła w międzyczasie papierosa wciągając dym jak najgłębiej w połać płuc.Z rogu sali patrzyła na nią ruda dziewczyna, przyciasnym strojem zniewoliła całą swoją lubieżną słoninę, która czekała na wolność w cudzych rękach.
Barman nie miał z czego wydać za jedno piwo, dostawił drugie.
Wyglądało to osobliwie, jak niepotrzebny naddatek informacji o tym, co się dzieje. Dostała smsa, ciekłokrystaliczny wyświetlacz zapalił się dwa razy, uzupełnianie wiadomości. Gdzieś w Warszawie murzyn ginekolog przystawiał się do blondynki sugerując jej łóżko, co okazało się być jedynie językowym niedomogiem, bo szło o fotel air force 2009. Postanowiła do niego chodzić, ponieważ jej chłopak był rasistą.
Bardzo, bardzo wkurzona szłam wypuszczając rześko parę z nosa jak młody byk czekający na zderzenie z jakimkolwiek człowiekiem.
Niestety wpadła na mnie jedynie babcia z ogumieniem na lasce.
Marnej konstrukcji przeciwnik został zmieciony połą mojego płaszcza. Po wcześniejszym niepowodzeniu z wypożyczeniem książek, dotarłam do kolejnej biblio na Szewskiej, gdzie zawładnęła mną mina Iwana IV Groźnego i bałam się, że krzyknę wszystkim "Spierdalać!";
ta uwaga w sposób szczególny miała dotknąć zatipsowane gimnazjum tarasujące wszystkie możliwe wejścia. Dodatkowo jedna cipencja zobaczyła, że na półce z książkami na sprzedaż stoi harry potter, w tym momencie jej ręka doznała hiper erekcji, a palec wskazujący o mało nie wybił mi szkła okularów. Bankowo opowiedziałabym jej pięknym za nadobne, jednak uratowała jej tyłek ta oto piosenka, która omiatając moje młoteczki i kowadełka wyciszyła mnie nieco.
Muzyka jednak potrafi ocalać.
Kawałek przypomina mi nieco Junior Boys, warto obejrzeć klip, który uważam za genialny.
Track: Luv Deluxe
Artist: Cinnamon Chasers
Album: A Million Miles From Home
Modus Records / Koch Entertainment (US)
Directed by: Saman Keshavarz
Produced by: Francis Pollara
Assoc. Producer: Nate Eggert
Niestety wpadła na mnie jedynie babcia z ogumieniem na lasce.
Marnej konstrukcji przeciwnik został zmieciony połą mojego płaszcza. Po wcześniejszym niepowodzeniu z wypożyczeniem książek, dotarłam do kolejnej biblio na Szewskiej, gdzie zawładnęła mną mina Iwana IV Groźnego i bałam się, że krzyknę wszystkim "Spierdalać!";
ta uwaga w sposób szczególny miała dotknąć zatipsowane gimnazjum tarasujące wszystkie możliwe wejścia. Dodatkowo jedna cipencja zobaczyła, że na półce z książkami na sprzedaż stoi harry potter, w tym momencie jej ręka doznała hiper erekcji, a palec wskazujący o mało nie wybił mi szkła okularów. Bankowo opowiedziałabym jej pięknym za nadobne, jednak uratowała jej tyłek ta oto piosenka, która omiatając moje młoteczki i kowadełka wyciszyła mnie nieco.
Muzyka jednak potrafi ocalać.
Kawałek przypomina mi nieco Junior Boys, warto obejrzeć klip, który uważam za genialny.
Track: Luv Deluxe
Artist: Cinnamon Chasers
Album: A Million Miles From Home
Modus Records / Koch Entertainment (US)
Directed by: Saman Keshavarz
Produced by: Francis Pollara
Assoc. Producer: Nate Eggert
Niewielka sala, ale z przejawami nowoczesności, dzieci i ja uczyły się języka francuskiego. Pani w krótkich blond włosach skreślała schemat językowy c+s , zakreśliła to w banieczkę i pojawiło się S.
- To znaczy, że jak obok wyrazu zakończonego na c pojawi się wyraz rozpoczynający się na s, C czytacie jako S.
Wszyscyśmy sobie to zapisywali.
Byłam szczupłą brunetką z kręconymi włosami ubraną w jakąś obcisłą sukienkę, miałam na imię Dalila. Pojawił się nagle jakiś facet podobny do popa, miał długie tłuste włosy, założył na siebie ozdobną stułę zakrywającą mu dłonie. Dziewczyna z którą siedziałam powiedziała- nie martw się to potrwa jakieś półtorej godziny, ale przez ciebie musimy dłużej tu siedzieć. Nie wiedziałam o co chodzi, pop podszedł do mnie i kazał podejść do starego, drewnianego stołu i zaczął mnie nacierać jakimiś ziołami w olejach! miałam dość, prawie zasłabłam, po prostu macał mnie jak ludzie kurczaki w Tesco. Nie było to przyjemne, zapewniam, ale jakoś poddawałam się świętym obrzędom. Dzieci na wszystko patrzyły i śpiewały jakąś rzewną piosenkę.
Był tam starszy blondyn, miał wściekłe oczy i nazywał się Picasso.
Rosły w nim gniew i agresja, to co widział nie podobało mu się. Czułam, że jest o mnie zazdrosny. Kiedy prawie upadłam ocucili mnie walerianą. Ruszała jakaś procesja w mojej intencji, miałam zostać oficjalnie "uwolniona" na szczycie góry.
Widziałam rzesze ludzi, w milczeniu wspinali się na zieloność. Wtedy Picasso podszedł do mnie i powiedział, ze uciekamy. Trawa wyrosła tak wielka, że nikt nie mógł nas zobaczyć. Miał delikatne ręce, oczy ciemne, położyliśmy się na kocu, każde w swoim śpiworze robaku. Wyglądaliśmy jak wyrośnięte dzieci na porodówce.
Miałam jego czoło pod swoim policzkiem. I czułam, że mnie uratował.
- To znaczy, że jak obok wyrazu zakończonego na c pojawi się wyraz rozpoczynający się na s, C czytacie jako S.
Wszyscyśmy sobie to zapisywali.
Byłam szczupłą brunetką z kręconymi włosami ubraną w jakąś obcisłą sukienkę, miałam na imię Dalila. Pojawił się nagle jakiś facet podobny do popa, miał długie tłuste włosy, założył na siebie ozdobną stułę zakrywającą mu dłonie. Dziewczyna z którą siedziałam powiedziała- nie martw się to potrwa jakieś półtorej godziny, ale przez ciebie musimy dłużej tu siedzieć. Nie wiedziałam o co chodzi, pop podszedł do mnie i kazał podejść do starego, drewnianego stołu i zaczął mnie nacierać jakimiś ziołami w olejach! miałam dość, prawie zasłabłam, po prostu macał mnie jak ludzie kurczaki w Tesco. Nie było to przyjemne, zapewniam, ale jakoś poddawałam się świętym obrzędom. Dzieci na wszystko patrzyły i śpiewały jakąś rzewną piosenkę.
Był tam starszy blondyn, miał wściekłe oczy i nazywał się Picasso.
Rosły w nim gniew i agresja, to co widział nie podobało mu się. Czułam, że jest o mnie zazdrosny. Kiedy prawie upadłam ocucili mnie walerianą. Ruszała jakaś procesja w mojej intencji, miałam zostać oficjalnie "uwolniona" na szczycie góry.
Widziałam rzesze ludzi, w milczeniu wspinali się na zieloność. Wtedy Picasso podszedł do mnie i powiedział, ze uciekamy. Trawa wyrosła tak wielka, że nikt nie mógł nas zobaczyć. Miał delikatne ręce, oczy ciemne, położyliśmy się na kocu, każde w swoim śpiworze robaku. Wyglądaliśmy jak wyrośnięte dzieci na porodówce.
Miałam jego czoło pod swoim policzkiem. I czułam, że mnie uratował.
Teraz najchętniej wyjechałabym do innego miasta, zmieniła imię i nazwisko i zaczęła nowe życie. Dziś śnił mi się wampir, który pokazywał mi 'pewien przyrząd', okazał się nim być fantom serca, składał się jak foremki, każda warstwa wchodziła w drugą. Rzekł też, że najlepsza krew jest tuż przy aorcie. W ogóle się go nie bałam, on sam wydawał się być bardzo spokojny. Powiedział:lubię wchodzić i długo trzymać, nie znoszę momentu opuszczenia ciała. W senniku internetowym ostrzegają mnie, że jeśli przyśnił się wąpierz, to ktoś zechce mnie oszukać. Może sennik? Albo ja siebie? Nie wiem dlaczego to sprawdzam, przecież to nie ma znaczenia.
I tak wciąż mnie ludzie w chuja robią.
Sądzę, że wszystkiemu co senne winien Carl Theodor Dreyer, nie mówiąc już o fanowskim home made video do piosenki Angel
(Massive Attack).
I właśnie odechciało mi się pisać. To pa.
I tak wciąż mnie ludzie w chuja robią.
Sądzę, że wszystkiemu co senne winien Carl Theodor Dreyer, nie mówiąc już o fanowskim home made video do piosenki Angel
(Massive Attack).
I właśnie odechciało mi się pisać. To pa.
